
Czy rodzimi Kowalski z Nowakiem mogą nas oszukiwać? Czy może kłamać dwójka sympatycznych przyjaciół w średnim wieku, którzy wyglądają jak bracia bliźniacy i patrzą nam prosto w oczy na zdjęciu wygenerowanym przez AI ?
Ci dwaj panowie zjednoczyli swe siły i wrodzone talenty, aby stworzyć rodzimą markę Kowalski & Nowak. Michał, wychowany w rodzinie rzemieślników skórzanych, od najmłodszych lat zgłębiał tajniki pracy ze skórą. Piotr z kolei zdobywał doświadczenie w projektowaniu i nowoczesnych technologiach produkcji. Razem połączyli tradycyjne rzemiosło z nowoczesnym podejściem, tworząc produkty, które subtelnie podnoszą jakość naszego życia.
Zaiste wzruszająca historia. Problem w tym, że Facebook i Instagram są zalane podobnymi bajeczkami. Meta została zaspamowana reklamami sklepów, które przedstawiają się jako niewielkie polskie marki rodzinne. Lisowska Moda, Zborowska Warszawa, Kowalski & Nowak, Mazur-Nowak, Górski Kraków, Katarzyna Wójcik. Polskie nazwiska, polskie miasta, polscy projektanci, zdjęcia sympatycznych właścicieli i opowieści o wieloletniej tradycji.
Schemat oszustwa działa zazwyczaj bardzo podobnie. Najpierw ckliwa historia. Rodzinny biznes, pasja przekazywana z pokolenia na pokolenie, szacunek do rzemiosła. Czasem sklep właśnie obchodzi ćwierćwiecze działalności. Innym razem właściciele z bólem serca informują, że przegrali nierówną walkę z globalną konkurencją i po wielu latach muszą zamknąć ukochany butik. Stąd „ostatnia wyprzedaż”, „likwidacja magazynu” albo „jubileuszowa promocja” sięgająca nawet 80 procent, która kończy się każdego dnia o północy.
Potem produkt. Ręcznie robione, rzemieślnicze półbuty z cielęcej skóry za 600 złotych, przecenione o połowę, są w rzeczywistości syntetycznym badziewiem, które można kupić na chińskich platformach za 40 złotych. Elegancka jedwabna sukienka z koronkowymi wykończeniami, w której poczujesz się wyjątkowo, okazuje się poliestrową szmatą.


Do tego dochodzą zapewnienia o starannym doborze materiałów, ekologii, certyfikowanej wiskozie, odpowiedzialnie pozyskiwanych włóknach i szacunku dla pracownika oraz środowiska. Tyle że na stronach często trudno znaleźć jakiekolwiek konkretne informacje o certyfikatach, producentach czy rzeczywistym pochodzeniu towaru. Wiarygodność mają budować również opinie klientów, pięciogwiazdkowe recenzje i komunikaty o dziesiątkach tysięcy zadowolonych kupujących, chociaż domeny zostały zarejestrowane kilka tygodni wcześniej. Jest darmowa dostawa, „bezpieczna płatność” i oczywiście 30-dniowa gwarancja zwrotu bez zbędnych formalności. Tyle tylko, że odesłanie bezwartościowe produktu oznacza wysyłkę do Chin, której koszt potrafi być niewspółmierny do wartości zamówienia.
Zapewne powiecie, że przecież to wszystko jest szyte tak grubymi nićmi, że żaden głupi się na to nie kupi. Gdyby tak było, reklamy tych sklepów nie pojawiałyby się masowo, a kolejne niemal identyczne witryny nie powstawałyby jak grzyby po deszczu.
Osobnym, być może najpoważniejszym problemem jest hipokryzja Mety, która pełni rolę pasera-pośrednika i systemowo ignoruje zgłoszenia fałszywych reklam, na których zarabia krocie. Pytanie, kto ponosi większą odpowiedzialność: żerujący na ludzkiej naiwności naciągacze czy algorytmy tropiące potencjalne ofiary? Globalna korporacja, która pobiera sutą prowizję za promowanie oszustów i udaje, że niczego nie widzi?